Pamiętam jak byłam dzieckiem, jak marzyłam o dorosłości. Wyobrażałam sobie jak to będzie różowo, kolorowo i w ogóle M&M'sy w kulki lecą. Będę wysoka, szczupła, będę nosiła buty na wysokim obcasie i malowała usta czerwoną szminką. Jakie to życie będzie piękne. Będę miała paczkę niezawodnych przyjaciół, z którymi będę jeździła co roku na dzikie wakacyjne wycieczki. Będę mogła chodzić na całonocne imprezy do klubów after eighteen i będę miała wielkiego psa. Bo będę już przecież taka odpowiedzialna, rozważna i och i ach. I co najważniejsze, nie będę już nikogo nigdy o nic pytać. Taka Zosia Samosia. Tylko sobie, dla siebie, o sobie. Eh.
I co z tego wyszło? Niewiele. Co z tego, że próbuję być odpowiedzialna jak nie potrafię? Co z tego, że chcę decydować sama o sobie, jak nawet nie wiem do końca do czego dążę? Plączę się i plączę i dojść nie mogę.
Chyba w głębi duszy siedzi we mnie jeszcze dzieciuch, który próbuje być dojrzały, ale sam nie do końca wie co to znaczy.
Wiem jedno: nie muszę dorastać na siłę. Przyjdzie samo. Nie mam "parcia" na dorosłość. Zresztą dorosłość, dojrzałość to pojęcia względne.
JA tam mogę jeszcze przez pewien czas pozostać sobie takim Piotrusiem Panem w spódnicy. Czemu nie...?
Jakieś postanowienia? Spróbować wziąć odpowiedzialność za własne decyzje.
A marzenia? Ich na szczęście nigdy nie brakuje. I o to chodzi;).
Niepoprawna Marzycielka.
3 komentarze:
chyba nikt tak naprawde nie chce do konca dorosnąć.. w dorosłosci nie ma nic fajnego..
Coś w tym. Ja i tak uważam, że w głębi duszy przez całe życie pozostajemy dziećmi. I całe szczęście!
Lol! lol! lol!
Prześlij komentarz